Etyka

Już jako osoba webdeveloperska przez lata niezłomnie wierzyłem, że technologia jest czymś całkowicie neutralnym – magicznym miejscem, do którego wstępu nie ma etyka. Wszak to przecież tylko kod, jedyną zasadą jest jego jakość! I to nawet miałoby sens, gdyby kod istniał sam dla siebie i żadna inna osoba, oprócz mnie, nie miałaby z nim styczności. Ale tak nie jest. Nie tworzy się oprogramowania dla samego faktu jego tworzenia. Oprogramowanie ma służyć osobom użytkowniczym w osiąganiu ich celów. A to oznacza, że istnieje w kontekście społecznym. I to istnieje nie byle jak. Bo przecież technologia wpływa na niemal każdy aspekt naszego życia. Komunikujemy się z państwem przy pomocy rządowych aplikacji webowych, bankowość też coraz częściej załatwiamy online, nawet z osobą lekarską można porozmawiać przez chat. I wszystko to często z dowolnego miejsca na Ziemi, przy pomocy przenośnego komputera, który niemal każda osoba ma obecnie w kieszeni. Technologia całkowicie zmieniła to, w jaki sposób funkcjonujemy na co dzień.

Usłyszałem kiedyś pewne stwierdzenie:

Wszystko jest polityczne, jeśli nie jesteś białym heteroseksualnym mężczyzną.

Długo zajęło mi zrozumienie, jak bardzo jest prawdziwe. Bo tak, obecna w każdym zakamarku naszych żyć technologia jest polityczna. I to nie tylko w stosunku do osób z niej korzystających, ale także – tworzących ją. A swoje mroczne oblicze pokazuje najczęściej właśnie wtedy, gdy w interakcję z nią wchodzą osoby z mniejszości i innych niedoreprezentowanych grup społecznych. Właśnie dlatego etyka jest i musi być nierozerwalnym elementem procesu tworzenia oprogramowania. Jak zauważa Cennydd Bowles w Future Ethics (s. 4):

If humans and technology act in tandem, we can’t claim technology is ethically inert, but neither can we separate it from human action. The ethics of technology becomes the ethics of everyday life.

[Jeśli ludzie i technologia działają w tandemie, nie możemy twierdzić, że technologia jest neutralna etycznie, ale nie możemy także oddzielić jej od działań ludzi. Etyka technologii staje się zatem etyką codzienności.]

Dostępność

Problemy z etyką najwidoczniejsze są chyba w zakresie dostępności. Najistotniejszym z nich jest bez wątpienia ableizm, czyli dyskryminacja i uprzedzenie względem osób z niepełnosprawnościami. Trzonem tego –izmu jest przekonanie, że osoby z niepełnosprawnościami są gorsze względem osób pełnoprawnych. Takie przekonanie często bierze się z błędnego utożsamiania osób z niepełnosprawnościami z ich niepełnosprawnością. A przecież żadnej innej osoby nie charakteryzujemy w ten sposób. Gdy widzimy osobę sąsiedzką wychodzącą rano do pracy, nie odczuwamy, że to jest jakiś inny rodzaj człowieka, niż osoba będąca członkiem naszej rodziny. Tego typu przekonanie byłoby szkodliwe i prowadziłoby do izolacji osób sąsiedzkich. Niestety, to właśnie robi ableizm w stosunku do osób z niepełnosprawnościami. Nie potrzebujemy ableizmu w naszym codziennym życiu, potrzebujemy raczej antyableizmu! Co gorsze, często niedostępność produktów jest zaciekle broniona. To wszystko przekłada się na Sieć, która nie jest dostępna. Albo gorzej: Sieć, która jest dostępna, ale równocześnie – nieetyczna.

Także i duże biznesy często mają problemy z zapewnieniem wystarczającej dostępności. Nie tak dawno oberwało się Apple, które od lat nie potafi sobie poradzić z błędem pojawiającym się w trakcie korzystania z czytnika VoiceOver z przeglądarką Safari. W losowych momentach aplikacja potrafi się zawiesić nawet na kilka minut, skutecznie uniemożliwiając dalszą pracę. Błąd ten jest na tyle frustrujący, że część osób użytkowniczych rozważa wręcz przesiadkę na inny system operacyjny. Spowodował też, że większą uwagę zaczęto zwracać także na inne problemy z dostępnością macOS-a. Ale niekiedy obniżenie dostępności jest wręcz zaplanowane. Tak było w przypadku Google, który usunął podstawową, HTML-ową wersję GMaila w styczniu tego roku. Jak zauważyło wiele osób z niepełnosprawnościami, nowa wersja jest zdecydowanie trudniejsza do nawigacji przy pomocy technologii asystującej, a zwłaszcza czytników ekranu. Pozostaje jedynie wyrazić nadzieję, że to oznacza, że standardowa wersja GMaila doczeka się stosownych poprawek dostępności tak, aby być równie używalna dla osób korzystających z czytników ekranu.

UX

Etyka dotyka też sfery UX-u. Tutaj na scenę wkraczają wszelkiego rodzaju mroczne wzorce (dark patterns), które mają na celu zmanipulowanie osoby użytkowniczej. A kiedy już zostanie wprowadzona w błąd, to skrzętnie się to wykorzystuje w celu osiągnięcia jakiejś korzyści biznesowej. Może to być korzyść finansowa (nakłonienie czy wręcz zmuszenie do kupna jakiejś dodatkowej usługi), ale też czysto wizerunkowa (np. greenwashing). Przykładem takiego wzorca, z którym ja się stykam najczęściej, jest oferowanie darmowego zasobu (najczęściej e-booka), który jednak wcale nie jest taki darmowy. Ceną jest podanie swojego adresu e-mailowego i zapisanie się na jakiś newsletter. Osoba użytkownicza chce jedynie pobrać darmową rzecz, a jest zmuszana do podzielenia się swoimi prywatnymi danymi. Cóż, jak to ktoś kiedyś powiedział, “jeśli coś jest darmowe, to Ty jesteś produktem”.

Niemniej prywatność osoby użytkowniczej stanowi też łakomy kąsek w innym aspekcie: gromadzenia danych na jej temat i profilowania jej. Często dane takie są przetwarzane w bardzo dużych ilościach i po drodze traci się gdzieś poczucie, że przecież te wszystkie cyferki i wykresy opisują konkretnych ludzi, nie jakieś abstrakcyjne… no właśnie, dane. Zła interpretacja informacji opisujących nasze osoby użytkownicze może prowadzić wręcz do wykluczania konkretnych grup osób użytkowniczych. Ważny jest też sam sposób zdobywania danych. Istnieją już nawet usługi pozwalające symulować osoby użytkownicze przy pomocy AI. I choć obniżają one znacząco koszty związane z researchem, to jednak niekoniecznie w pełni oddają rzeczywistość. Dlatego niezwykle istotne jest upewnienie się, że zdobywamy i interpretujemy dane w najbardziej możliwy etycznie sposób. Tutaj może pomóc testowanie z osobami użytkowniczymi. Bo nikt nie poda nam dokładniejszych informacji o osobie użytkowniczej, niż ta osoba użytkownicza.

Przeglądarki

Świat przeglądarek również jest pełen etycznych rozsterek. Ich źródłem jest najczęściej wykorzystywanie dominującej pozycji przez jedną z przeglądarek. Ci z nas, którzy są wystarczająco starzy (np. ja), mogą pamiętać wojny przeglądarkowe. Toczyły się między Netscape Navigatorem a Internet Explorerem od Microsoftu. Skończyły się one przegraną Netscape’a i jego przeglądarki. Choć słowo “przegrana” nie oddaje w pełni wymiaru tej katastrofy. Netscape praktycznie przestał istnieć, Internet Explorer zaś na lata okopał się na pozycji hegemona rynku przeglądarkowego, w szczytowym momencie osiągając ponad 90% udziałów na rynku przeglądarek. Można śmiało powiedzieć, że Sieć była całkowicie zależna od widzimisię przeglądarki Microsoftu. I były to mroczne czasy, bo zwycięzca szybko osiadł na laurach i przez długie lata się nie rozwijał. Dopiero nadejście nowego pokolenia przeglądarek, z Firefoksem i Operą na czele, sprawiło, że coś drgnęło. A i tak minąć musiały lata, żeby Internet Explorer oficjalnie zniknął.

Dzisiaj żadna przeglądarka nie zbliżyła się nawet do pułapu popularności, jaką kiedyś osiągnął Internet Explorer. Otwarte standardy sieciowe rozwijają się w niespotykanym dotąd tempie, a świadomość ich ważności jest raczej powszechna wśród osób webdeveloperskich. Tak samo obecność wielu silników przeglądarek sprzyja zdrowemu ekosystemowi. Jest zdecydowanie lepiej niż w powojennym krajobrazie pierwszej dekady XXI wieku. Lepiej, ale nie dobrze. Obecnie duże korporacje bardzo dbają o to, żeby przeglądarki rozwijały się w kierunku, w którym chcą. Nie jest to specjalnie trudne, zważając na to, że silniki przeglądarek są obecnie podzielone między tak naprawdę trzy firmy: Google ma Blinka, na którym stoi Chrome, Apple ma WebKita, na którym stoi Safari, a Mozilla swojego Gecko, na którym stoi Firefox. I choć niby są to projekty otwartoźródłowe, raczej oczywiste jest to, że pewne zmiany celowo będą opóźniane lub odrzucane. Paradoksalnie istnieje także druga strona medalu: zmiany zachodzące za szybko, mogące popsuć jakiś fragment Sieci.  Jako osoby webdeveloperskie często znajdujemy się w dziwnym potrzasku, w którym nie jesteśmy w stanie używać nowych technologii sieciowych, bo często ma wsparcie tylko w jednej przeglądarce. Na szczęście ostatnio ten problem powoli staje się mniejszy, dzięki inicjatywie Interop, mającej na celu minimalizację różnic w przeglądarkach.

Ale świat przeglądarek ma jeszcze mroczniejsze oblicze: próby usunięcia konkurencji przez monopolistyczne zagrywki. Najwidoczniejsze jest to na rynku przeglądarek mobilnych, gdzie zarówno Google, jak i Apple próbują na wszelkie możliwe sposoby ograniczyć możliwości innych przeglądarek. W przypadku Apple przyjęło to wręcz absurdalną formę zakazu używania innych silników przegladarek, niż ich WebKita. I dopiero prawo unijne zmusiło Apple do zmiany zasad. Co jednak wcale nie naprawiło sytuacji. Apple wykorzystało bowiem nowe prawo unijne, żeby spróbować usunąć możliwość instalacji PWA na swoich urządzeniach mobilnych. Tym samym – po raz kolejny osłabić możliwości Sieci na urządzeniach mobilnych. Na urządzeniach desktopowych sytuacja jest, na całe szczęście, bardziej cywilizowana. Ale wciąż pojawiają się przypadki monopolistycznych zagrywek, które mają utrudniać osobie użytkowniczej zmianę domyślnej przeglądarki na inną.

Choć niezwykle wysoka świadomość istnienia i ważności otwarych standardów sieciowych wśród społeczności webdeveloperskiej jest zdecydowanie dobrym krokiem naprzód na drodze do w pełni etycznej Sieci, to jednak nie da się tam dojść bez etycznych przeglądarek. Owszem, osoby użytkownicze mają obecnie większy wybór w tym względzie, niż kiedykolwiek. Ale nie można zapomnieć, że pod spodem znajdują się technologie będące własnością trzech firm. I to one w największym stopniu decydują o tym, w którą stronę skręci Sieć jako platforma.

Biznes

Ale o Sieci można mówić nie tylko w kontekście przeglądarkowej polityki. Nie da się ukryć, że większość biznesów również jest obecna w Sieci – jeśli wręcz nie przeniosła się do niej całkowicie. Wokół Sieci powstały też całe nowe branże, których nie da się sobie wyobrazić bez niej, np. sieci społecznościowe. To, co stanowi jedną z podstawowych cech Sieci – otwartość – stało się też doskonałym narzędziem do maksymalizacji zysków. Wszak nie da się szybciej i taniej dotrzeć do tak wielkiej liczby osób, jak da się to zrobić przez Internet.

Ale tak silna komercjalizacja Internetu oznacza też, że do Sieci przeniosła się większość etycznych problemów współczesnego biznesu. I skutecznie zatruła spokojny, hobbystyczny (ale też i naiwny) Internet. Do tego stopnia, że coraz częściej mówi się o dwóch Sieciach: komercyjnej, nastawionej nieustannie na zwiększanie zysków, oraz mocno osobistej, złożonej w dużej mierze z osób zajmujących się webdevem z pasji czy w ramach hobby.

Temat biznesu w Internecie i jego etyki jest na tyle rozległy, że można o nim napisać grube tomiszcza. I niejedne powstały. Dlatego pozwolę się ograniczyć do dwóch przykładów. Meta, właściciel Facebooka, nie jest znana jako najbardziej etyczna na rynku. Niemniej nawet w tym kontekście szokować może dokładne śledztwo reporterskie Erin Kissane, która wykazała, jak długoletnie zaniedbania Facebooka doprowadziły do śmierci tysięcy ludzi w Mjanmie z powodu braku przeciwdziałania mowie nienawiści wymierzonej w ludność Rohingja.

Zdecydowanie mniej drastyczny jest drugi przykład: Google. Obecnie ta wyszukiwarka jest niemal synonimem Internetu. Nie szuka się informacji, googluje się je. A to sprawia, że Google stało się największym gatekeeperem informacji w historii ludzkości. Jeśli jakaś strona nie istnieje w Google, to jest spora szansa, że niemal nikt się o niej nigdy nie dowie. A to rodzi oczywiste problemy etyczne. Strony muszą się bowiem “podobać” Google’owi, żeby ten umieścił je wysoko w wynikach wyszukiwania, a tym samym – pozwolił je znaleźć osobom użytkowniczym. A stąd już prosta droga do powstania całej branży, której jedynym zadaniem jest próba przekonania Google’a, że dana strona jest wartościowa. W całym tym obrazku bardzo szybko znika osoba użytkownicza, która nagle staje się mniej ważna od potężnego algorytmu analizującego strony WWW. A przecież istnieje jeszcze cały aspekt tego, które strony Google uznaje za wartościowe. Co jeśli jakaś strona zawierająca fake newsy będzie się bardziej podobać od strony, która zawiera prawdziwe informacje? Wyszukiwarka, jako gatekeeper informacji, staje się tak naprawdę trybunałem, który na podstawie niejasnych kryteriów decyduje, co jest prawdą, a co nie.

To samo w sobie jest niezwykle poważnym problemem. Ale Google idzie o krok dalej. Próbuje narzucić swoje zasady wszystkim tym, którzy chcą być widoczni w wyszukiwarce. Czyli zdecydowanej większości. A to sprawia, że Sieć się homogenizuje. I choć część inicjatyw Google’a wydaje się być dobra z perspektywy osoby użytkowniczej (a więc m.in. spory nacisk na wydajność), to nie można nie zauważyć, że sposób ich wprowadzania jest nieetyczny. Google wymusza określone zmiany z pozycji siły. I często mu się to udaje. Ale w niektórych przypadkach na szczęście nie – tak, jak to było z AMP-em, własnościowym formatem mającym zastąpić HTML.

Internet ze swej natury jest zdecentralizowany. Ale paradoksalnie przyczynił się do powstania najbardziej scentralizowanych usług, jakie kiedykolwiek istniały. Coraz częściej wskazuje się właśnie powrót do tej pierwotnej idei jako sposób na naprawę Sieci. Na pewno umożliwiłoby to rozluźnienie uścisku, w którym wielkie korporacje trzymają obecny Internet.

Webdevelopment

Problemy z etyką dotykają także bezpośrednio branży webdeveloperskiej. Część z nich wywodzi się jeszcze z zamierzchłej przeszłości branży programistycznej i obudowało się wokół stereotypu “prawdziwego programisty”. A stąd już prosta droga do kulturowego gatekeepingu. Na całe szczęście obecnie w branży istnieje dość silna świadomość potrzeby inkluzywności. Niemniej wciąż można znaleźć sytuacje, w których na konferencjach branżowych wśród osób prelegenckich próżno szukać kogoś innego, niż biali mężczyźni.

Kulturowy gatekeeping ma również drugi wymiar, często silnie skorelowany z biznesem. Ileż to razy słyszałem, że nie jestem prawdziwym programistą, bo wciąż programuję w technologii X, a przecież wiadomo, że prawdziwi programiści piszą tylko w technologii Y. Najwidoczniej nie dostąpiłem jeszcze kodowego oświecenia i tkwię w mrokach technologicznego średniowiecza. W dyskusjach na Twitterze często można odnieść wrażenie, że istnieje tylko jeden właściwy sposób tworzenia stron WWW i jakiekolwiek odstępstwo od niego stanowi bluźnierstwo. Podczas gdy prawda jest zgoła inna. Wszelkie statystyki pokazują, że te jedyne prawdziwe sposoby tworzenia stron WWW są w przytłaczającej mniejszości. Dlaczego zatem to o nich jest najgłośniej?

Tutaj najprawdopodobniej dobrze sprawdza się słynne powiedzenie: “jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Na większości tych Prawdziwie Prawdziwych™ rozwiązań zarabiają konkretne firmy i ludzie, którym zależy na tym, aby jak najwięcej Sieci wykorzystywało właśnie ich technologię. I często osiągane jest to przy pomocy nieetycznego marketingu. Obecne technologie webdevowe zdecydowanie większy nacisk kładą na przekonanie do siebie osób webdeveloperskich, niemal całkowicie zapominając o osobach użytkowniczych. Bo ostatecznie ich targetem są te pierwsze, nie drugie.

Ale równocześnie – potępienie tych technologii w czambuł nie rozwiązuje problemu. Bo nawet z ich pomocą można tworzyć inkluzywne, dostępne i przyjazne osobie użytkowniczej produkty. To, co jest niebezpieczne, to fakt, że sprzedaje się je jako rozwiązanie na problemy organizacyjne. Nie da się zastąpić złej organizacji nawet najlepszym narzędziem.

Na szczęście coraz głośniejsza krytyka obecnego stanu ekosystemu webdevowego sprawia, że świadomość związanych z nim problemów etycznych staje się coraz większa. I powoli następuje powrót do z jednej strony prostszych narzędzi, z drugiej – do skupiania się na osobie użytkowniczej.

AI

Choć obecnie termin sztucznej inteligencji (AI) kojarzy się przede wszystkim z Wielkimi Modelami Językowymi (Large Language Models, LLM), takimi jak te wykorzystywane w słynnym ChatGPT, to jednak problem z etycznością AI sięgają zdecydowanie dalej w przeszłość. Choć z technicznego punktu widzenia nie jest to poprawne, do worka AI wrzuca się także tradycyjne uczenie maszynowe. A to powiela wszystkie –izmy danych, na których je szkolono. Grupy osób niedoreprezentowanych często stykają się z technologią, dla której nie istnieją. Jednym z najbardziej jaskrawych przypadków są technologie rozpoznawania twarzy, które nie są w stanie rozpoznać twarzy osób czarnych. Wynika to ze szkolenia takich systemów na bazie twarzy, które nie zawierały twarzy osób czarnych. Tym samym uprzedzenia – świadome, jak i nieświadome – osób odpowiedzialnych za dobór bazy przeniosły się na technologię, która wykluczyła konkretne grupy osób.

Dzisiaj problematyka AI jest zdecydowanie szersza. LLM-y sprawiły, że coraz częściej obcujemy z treścią wygenerowaną przez maszyny i coraz trudniej to wykryć. Narzędzia pokroju ChatGPT pozwalają generować niemal nielimitowaną ilość treści na dowolne tematy. A wszystko to kosztem zdecydowanie niższym, niż przy zatrudnianiu profesjonalnej osoby redaktorskiej. Równocześnie jednak LLM-y znane są ze swoich halucynacji, potrafią zmyślać różne informacje (jak np. porady dotyczące dostepności). Paradoksalnie miały uprościć wyszukiwanie informacji, ale w rzeczywistości znacząco ten proces wydłużają – wszak trzeba po nich wszystko sprawdzić. I mimo to ta niezwykle poważna wada nie przeszkadza sporej liczbie firm zalewać Sieć oceanem bezwartościowego spamu, którego jedyną cechą jest wyglądanie na sensowny na pierwszy rzut oka. Żeby go jednak wyprodukować, modele muszą najpierw przetrawić spore ilości już istniejącej treści. I w tym celu coraz częściej zasysają Internet. Z jednej strony rodzi to pytania o prawa autorskie, z drugiej – może obniżać wartość samych modeli.

Ale problem jest jeszcze głębszy. Nowa generacja AI pozwoliła także na stworzenie narzędzi generujących kod. A te szybko stały się popularne wśród programistów, ponieważ znacząco przyśpieszają pracę. Obniżają też próg wejścia w nowe technologie. Osoba programująca w JavaScripcie może bez problemu przesiąść się na Rusta, a narzędzia pokroju GitHub Copilota radośnie wygenerują dla niej kod. Tylko że często będzie on albo błędny, albo niskiej jakości. I nie są to tylko odczucia poszczególnych programistów, a coś, co da się w miarę obiektywnie zmierzyć. Czy więc narzędzie, które pozwala pisać kod kilka razy szybciej, ale nie daje pewności, że ten kod będzie w ogóle działał, jest warte zaufania? Czy przyśpieszając pracę na początkowym etapie, nie wbijamy sobie z przyszłości noża w plecy, gdy okaże się, że projekt na dłuższą metę jest nieutrzymywalny? Nie ukrywam, że sam używam Copilota w prywatnych projektach, ale traktuję go wyłącznie jako autouzupełnianie na sterydach. Potrafi czasami podrzucić ciekawe rozwiązania, a w innym wypadku – wprowadzić subtelne błędy, które powodują wyrywanie sobie włosów. Na pewno jednak nie pozwoliłbym mu generować większych kawałków kodu, bo po prostu mu nie ufam na tyle.

Większość osób raczej zgadza się co do tego, że obecna fala AI zmieni społeczeństwo i ekonomię. Otwarte pozostaje pytanie o to, w jaki sposób. Wciąż nie jest za późno na to, aby uregulować rynek AI, co zresztą już się dzieje choćby w Unii Europejskiej. Trzeba też rozwiązać problemy związane z prawami autorskimi czy zastępowaniem osób specjalizujących się w danej dziedzinie tańszymi modelami, które jednak zapewniają też zdecydowanie niższą jakość finalnego produktu. Na razie AI działa, ale długa droga przed nami, żeby działało etycznie.

Zasady

Żeby móc pracować nad stworzeniem bardziej etycznej Sieci, trzeba mieć jakieś fundamenty, na których można by budować. Na całe szczęście istnieje sporo zasobów opisujących, w jaki sposób można ugryźć temat.

Jednym z nowszych, a równocześnie – najbardziej wszechstronnie podchodzących do tematu – jest Kontrakt dla Sieci, zaproponowany przez World Wide Web Foundation. Proponuje on 9 postulatów:

  1. Zapewnić możliwość połączenia z Internetem dla każdej osoby.
  2. Zapewnić nieograniczony dostęp do Internetu (bez wyłączania dostępu do jego części).
  3. Respektować i chronić fundamentalne prawa ludzi do prywatności online.
  4. Zapewnić, aby Internet był przystępny cenowo i osiągalny dla każdej osoby.
  5. Opracować technologie, które wspomagać będą najlepsze cechy ludzi oraz ograniczać te najgorsze.
  6. Respektować i chronić prywatność ludzi i ich dane osobowe, by budować zaufanie online.
  7. Być twórcami i współpracownikami w Sieci.
  8. Budować silne społeczności, które respektują zasady debaty publicznej oraz ludzką godność.
  9. Walczyć o Sieć.

Pierwsze trzy punkty skierowane są do rządów, które mają opracować odpowiednie rozwiązania prawne. Kolejne trzy – do firm technologicznych, które zapewniają łącza internetowe i rozwijają technologie sieciowe. Z kolei ostatnie trzy są skierowane do każdej osoby użytkowniczej, która korzysta z Internetu na co dzień. Te dziewięć zasad tworzy łącznie główny fundament bardziej etycznej Sieci.

Nie jest to jednak jedyny zbiór zasad pomagających budować etyczną Sieć. Adam Scott przygotował zasady etycznego webdevelopmentu:

  1. Aplikacje sieciowe powinny działać dla każdej osoby użytkowniczej.
  2. Aplikacje sieciowe powinny działać na każdym urządzeniu.
  3. Aplikacje sieciowe powinny respektować prywatność i bezpieczeństwo osoby użytkowniczej.
  4. Osoby webdeveloperskie powinny traktować z szacunkiem inne osoby webdeveloperskie, ale i też brać za nie odpowiedzialność.

Istnieje także szersza inicjatywa Ethic Source (Etyczny Kod Źródłowy), której celem jest wypracowanie zasad etycznego tworzenia oprogramowania. Podstawowe założenia tego ruchu brzmią:

  1. Nasza praca daje korzyść ludziom.
  2. Nasza praca odbywa się w sposób otwarty.
  3. Nasza społeczność dąży do bycia jak najbardziej otwartą i sprawiedliwą.
  4. Nasza praca respektuje dostępność jako prawo człowieka.
  5. Nasz praca priorytetyzuje bezpieczeństwo ludzi.
  6. Nasza praca chroni prywatność.
  7. Nasza praca zasługuje na wsparcie.

Wreszcie, także W3C przygotowało zbiór zasad etycznej Sieci:

  1. Jest jedna Sieć.
  2. Sieć nie powinna szkodzić społeczeństwu.
  3. Sieć musi wspierać zdrowe społeczność i debatę publiczną.
  4. Sieć jest dla wszystkich.
  5. Sieć musi być bezpieczna i respektować prywatność ludzi.
  6. Sieć musi pozwalać na wolność słowa.
  7. Sieć musi pozwalać ludziom weryfikować informacje i oceniać wiarygodność ich źródeł.
  8. Sieć musi powiększać możliwości i kontrolę osoby użytkowniczej.
  9. Sieć musi być samowystarczalna środowiskowo.
  10. Sieć jest przejrzysta.
  11. Sieć działa na wielu przeglądarkach, systemach operacyjnych i urządzeniach.
  12. Osoby użytkownicze powinny mieć możliwość wyświetlać treść stron WWW w sposób, w jaki sobie tego zażyczą.

Oby te wszystkie zasady faktycznie przyczyniły się do stworzenia bardziej etycznej Sieci – czego Wam i sobie życzę.

Źródła

Dodatkowe materiały